Dwie godziny przesiedziałam wczoraj na drzewie snując z Karo plany na nadchodzące tygodnie. Postanowiłyśmy, iż jako niedoszłe dzieci blokowiska powinnyśmy ostro wziąć się za siebie.
1. Dobra kryjówka podstawą wschodzącej gangsty.
2. Wieczorny jogging = relaks i oczyszczenie organizmu z negatywnych emocji. Jeżeli jedna złapie lenia, druga zmobilizowana jest do zupełnej bezwględności na prośby i błagania drugiej.
3. Mamy rowery i cały świat jest nasz!
4. Trzeba się w końcu nauczyć grać na tej gitarze.
5. Ciastka i lody SĄ dobre (wszak kalorie chyba nie zabijają).
6. Strategia uciekania przed żulami o dwudziestej drugiej połową sukcesu (my już swoją mamy)!
Dzisiaj z samego rana (no dobra - o dwunastej) złapałyśmy rowery i bez żadnego konkretnego planu pojechałyśmy sobie w siną dal. Zaczęło się jak zwykle; jakże praktyczna panna Ola wlała do bidonu wodę gazowaną i w najmniej oczekiwanym momencie zakrywka pękła robiąc przy tym kolosalny wybuch (no dobra - Z MOJEJ PERSPEKTYWY był kolosalny). Przerażona Karolina spadła z roweru, a mokra panna Ola wstrząsana paroksyzmami śmiechu walczyła z chusteczkami i zepsutym bidonem (wypadałoby też wspomnieć o ludziach, których miny na widok naszej dwójki wzbudzały prawdziwą grozę). Później wpadłyśmy na pomysł, aby odwiedzić w Leclercu naszą młodszą koleżankę-harcerkę, która w ramach jakiejś akcji pakowała zakupy przy kasie. Miał to być taki niewinny żarcik, ale wyraz jej twarzy na nasz widok... och tak, chyba zapamiętam to do końca życia! Tak się śmiałam, że pieniądze wleciały mi pod ladę (wierzcie mi, że klęczenie na brudnej podłodze przed dziesięcoosobową kolejką nie należy do moich ulubionych zajęć). Suma sumarum nasza harcerka udawała, że nas nie zna. A szkoda. Potem pojechałyśmy do parku, rozsiadłyśmy się nad stawem z Pysznymi Ciastkami i rozkoszując się majowym słońcem rozprawiałyśmy o tym i o tamtym. Ni stąd, ni zowąd podeszła do nas starsza kobieta i poprosiła, żebym podwinęła jej rękawy koszuli (faktycznie, było niesamowicie gorąco!). Wymieniając uprzejmości zabrałam się do pracy i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż po chwili zaczęła opowiadać o swojej zmarłej rodzinie i imieninach. Wiem, że to bardzo nie na miejscu, tym bardziej, że staruszka naprawdę była przesympatyczna, ale jakaś dziwaczna wesołość tak ścisnęła mnie za gardło i wylewała się łzami z oczu, że nerwowo zaciskając usta i przestępując z nogi na nogę musiałam wyglądać jak niespełna rozumu! W końcu dobrnęłam do końca, podziękowałam za miłe słowa i wróciłam do Karoliny (która nota bene była w takim samym stanie). Odetchnęłam, ale sielanka nie trwała długo, bo nagle zza krzaków wyłonił się jakiś nawiedzony facet w stanie lekkiej (no dobra - BARDZO lekkiej) nietrzeźwości umysłu, która doprowadziła nas do takiej paniki, że niewiele myśląc wskoczyłyśmy na rowery. A najlepsze było to, że owy facet... zaczął nas gonić! W akcie desperacji trzeciego stopnia Karo wjechała do płytkiego strumyka, ja gnałam jak burza po trawie.
Wszystkie stresy dzisiejszego dnia zrekompensowałyśmy sobie lodami o smaku gumy balonowej. Jak cudownie jest mieć tak samo postrzeloną sąsiadkę, jak ja! <3
Masz już strasznie długie włosy, wariatko <3.
OdpowiedzUsuń