niedziela, 17 lipca 2011

niedziela, 10 lipca 2011

Świat ma apetyt na szalone sny

   Poranek był dosyć dziwny. Dręczyła mnie przedburzowa migrena, chwili wytchnienia od ciężkiego powietrza nie znalazłam nawet po chłodnym prysznicu. Wypiłam dwa litry lemoniady, zjadłam całe opakowanie fety z bazylią i utknęłam w windzie. Tradycyjną procedurą winda w razie pożaru automatycznie powinna zjechać na sam dół, ale moja oczywiście stała w miejscu, więc oczyma wyobraźni ujrzałam już tragiczny koniec czternastolatki, która poszła tylko wyrzucić śmieci; zerwaną linę, śmiertelną pułapkę stającą w płomieniach, psychodelicznego mordercę i w końcu koniec świata (czy Bóg zatrzymywałby windy w takiej chwili?). Suma sumarum zamiast wezwać pomoc, siedziałam tam po turecku panikując i nerwowo bawiąc się włosami. Na szczęście śmiertelna pułapka stająca w płomieniach okazała się tylko awarią prądu i po kilku minutach rozdygotana wybiegłam na zewnątrz (już wiem co to znaczy całować stały grunt!). Lało jak z cebra, przeto do domu wpadłam przejęta, mokra i zmęczona (zapomniałam już, że wchodzenie po schodach jest takie dojmujące, trzeba się chyba będzie przyzwyczaić od nowa). Pisałam już, jak bardzo lubię wynosić śmieci?

niedziela, 3 lipca 2011

Z dziennika pokładowego

   Stałym elementem śródziemnomorskiej idylli jest dla mnie słonawy posmak w ustach, świeża woń egzotycznych roślin pomieszana z kremem do opalania i wrażenie, jakbym cały czas bezwiednie kołysała się na wodzie. Przeczesuję włosy palcami. Są posklejane solą i potargane wiatrem. Przyglądam się, jak ciepłe fale Adriatyku uderzają o brzeg i sama mam ochotę stać się jedną z nich. Jest straszliwie gorąco. Zrzucam pareo i zanurzam się pod wodą; koniuszki palców, ramiona, później głowa. Przez chwilę morze unosi mnie, bezwładną, nad granatową tonią i zastanawiam się, czy tak właśnie czują się topielcy. Gwałtownie nurkuję burząc spokój tęczowych ryb, które rozpraszają się we wszystkich kierunkach. Są niesamowicie szybkie. Płynę tuż przy dnie, tutaj wszystko jest takie przejrzyste i magiczne, każdy najdrobniejszy szczegół. Niezmierzone głębokości, lęk i fascynacja, dreszcz ciągłej niewiadomej. Równoległy wymiar. Przeszywający ból w płucach przybiera na sile, w ostatniej chwili wyskakuję na powierzchnię i mocno zaciągam świeżego powietrza.
   Padam na rozgrzany koc oceniając krytycznie stan moich poparzonych stóp i ramion. Zawsze ten sam błąd. Wyjmuję z kolorowej torby puszkę chłodnej coli, pudełko wypełnione równymi kosteczkami słodkiego arbuza i jedno z tych głupich pisemek, którego radość czytania odnajduję tylko na wakacjach. Scarlett włącza indyjską muzykę. Patrzę, jak ze śmiechem tańczy wokół parasola niezdarnie balansując na krawędzi pomostu i raniąc stopy o twarde kamienie.
   Plodovi mora, mrożona herbata i malutkie winogrona w cieniu drzew oliwnych. Mam zabójczy apetyt i - dzięki Bogu - nie muszę liczyć kalorii, bo za chwilę uzbrojona w deskę i żagiel stanę do walki z silnym mistralem. 
- Tato, a tutaj jest jakiś internet?
- No jest, ale ty się chyba zarzekałaś, że będziesz na detoksie.
No, zarzekałam się, zarzekałam.
   Siedzę na pomoście z kieliszkiem białego wina, obserwuję statki, piszę, gryzę długopis, czytam, rozmyślam, wybucham cichym chichotem, przyglądam się ludziom i znów gryzę długopis. Tafla wody wzburzona delikatnie wieczorną bryzą mieni się w zachodzącym słońcu jak pudełko nieoszlifowanych diamentów. Słowa płyną tak samo jak te żaglówki, które giną co chwila za horyzontem. Upajam się chwilą. 
   Oj, Chorwacjo, cóż ty masz takiego w sobie, że co roku tak mocno się w tobie zakochuję?







środa, 15 czerwca 2011

Widziałam wiatr o siwych włosach

Bardzo miły wieczór spędziłam. Jest coś magicznego w parapetach, świeczkach, otwartych oknach, szczerych rozmowach przeplatanych kojącą ciszą na przemyślenia, a nawet w piosence, którą ciągle przewijamy od początku. Daleko mi było ostatnio do typowych dziewczęcych zmartwień, nie miałam nawet siły zaprzątać sobie głowy czymś takim jak miłości czy zauroczenia. Nie wierzyłam w nie i - o zgrozo - powoli zaczęłam zamieniać się w przeciętnego pragmatyka, taką szarą jednostkę, której przez całe życie współczułam. Wciąż dziwię się, ile może zmienić jedna rozmowa, zupełnie zwyczajna rozmowa, ot wieczór po szkole jak każdy inny. Nawet mama Karoliny wbiegająca co chwilę do pokoju z typową jeremiadą dorosłego człowieka, żebyśmy zamknęły te okna, bo powypadamy wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Nie wiem, czym jest miłość, bo nie wliczając jednego związku, kilku poważniejszych zauroczeń (i tych mniej poważniejszych również), namiętnych sms-ów  pisanych po nocy, ukradkowych spojrzeń i spotkań nie miałam jeszcze okazji jej doświadczyć. Ale wierzę, bardzo wierzę i ufam mojemu zawrotnemu losowi, który nigdy nie zawodzi (no, prawie nigdy). Jak na razie zwinęłam sobie od K. Pamiętnik Nicholasa Sparksa. To tak na pocieszenie.

niedziela, 12 czerwca 2011

W nicości trwam

nutka na dziś

Całą ponurą sobotę zaczytywałam się w Bluszczu rozmyślając nad sensem wszystkich rzeczy, których robienia się podejmuję. Doszłam do wniosku, że o fotografii wiem niewiele, filmów kręcić nie umiem, moje zdolności literackie również wydają się dosyć ograniczone, o rysowaniu nie mówiąc. Jestem tym żadkim gatunkiem nastolatki, który przeklina siebie za nieumiejętność projektowania kolekcji w stylu Chanel, pisania bestsellerów czy kręcenia filmów na miarę Titanica, natomiast nie wydaje się być zawstydzona liczeniem na palcach (nie wyrosnę już chyba z tego) czy nieznajomością wzorów fizycznych i stref krajobrazowych. Uspokoiłam się filiżanką herbaty i drugim wnioskiem, a właściwie pytaniem, mianowicie, czy moje nasoletnie ambicje nie są zbyt chore? Później znowu przeżywałam kryzys i ciskałam się jak rozkapryszony bachor, ale w końcu (i chyba definitywnie) utwierdziłam się w przemyśleniu, iż życie trzeba brać takim, jakim jest, mam jeszcze czas na podbijanie świata. Zaczęłam również wertować pamiętniki. Dobre wspomnienia zatruwają najbardziej, ale nie dbam o to, w końcu jestem mistrzynią w dziedzinie bolesnej autodestrukcji. Brzmi źle, może zbyt brutalnie, ale przez tą całą nerwicę tak właśnie się czuję.

Dobranoc, idę się dalej zastanawiać, noc dzisiaj ładnie pachnie.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Ocean idiotyzmu

Łóżka piętrowe absolutnie przerażające i nic nie wpłynie na mój pogląd, nawet dwie noce, które zmuszona byłam spędzić na górze (ktoś w końcu musi być miłosierny i poświęcić się dla dobra sprawy). Na szczęście wieczory i tak spędzałam zupełnie gdzie indziej, tudzież biegając wokół ośrodka, doznając co chwila spazmatycznych głupawek, plotkując, słuchając strasznych historii o matkach, które zamykały swoje córki w trumnach, malując paznokcie czy plotąc Natalce nieśmiertelne warkocze (jak dobrze, że moje skręty są całkowicie naturalne i nie muszę się skazywać na takie tortury). Na śniadania dostawaliśmy sztuczny dżem i kompot o smaku żłobkowo-przedszkolnym (mm, wspomnienia), ale nie narzekam, moje kółko wzajemnej adoracji wzięło ze sobą toster, chleb, ser i całą masę słodyczy, więc przetrwałybyśmy nawet w czasie klęski głodowej. W Sopocie nieumyślnie wyrzuciłam ciastko na sam środek ekskluzywnego sklepu z biżuterią, a potem chodziłam jeszcze w kółko i krzyczałam: gdzie jest moje ciastko?!. Chyba naprawdę sprawiłam wrażenie lekko chorej na umyśle, skoro N. musiała za rękę wyprowadzać mnie ze sklepu i tłumaczyć jak małemu dziecku, że wymachując pudełkiem cała zawartość przeleciała mi przez ramię. No cóż. I tak lubię zielone szkoły.




poniedziałek, 30 maja 2011

Ach, świecie

Pierwszą lekcję spędziłam walcząc z mdłościami na sterylnie czystej podłodze w szkolnej ubikacji. Druga, trzecia i czwarta pomogły mi przynajmniej prowizorycznie wrócić do świata żywych, na piątej zaś poczułam się względnie normalnie - matematyka (pomimo swojej beznadziejności i ciągłej potrzeby udowadniania umysłom otwartym, iż są nikim na tym świecie) roztacza wokół siebie pewną cudowną aurę, która pomaga odreagować wszystkie paranoje. Na informatykę wpadłam kilka minut po dzwonku, teatralnie potknęłam się o czyjś plecak, a na koniec usłyszałam, że w nieznanych okolicznościach mój sprawdzian roczny wyparował z dysku i muszę go robić od nowa. Pięknie. Fantastycznie. Wdech i wyydech. Podejdę do tego profesjonalnie. Po steku niezbyt elokwentnych wyrażeń ze stoickim spokojem usiadłam do komputera. Religia jak zwykle ciągnęła się w nieskończoność, ale taka leniwa i spokojna nieskończoność z otwartym oknem i marzeniami nie jest wcale zła. Po drodze do domu kupiłam sobie w aptece Meliski, chyba smakiem nie grzeszą, ale trzeba się jakoś ratować w tych niezrównoważonych czasach.