Wsiadam na rower i wszystko nagle przestaje istnieć. Taki niebezpieczny rodzaj przebywania ze swoimi myślami. Nie zdążyłam uciec przed deszczem. A może nawet nie próbowałam? Lubię czuć na sobie chłodną rozpacz nieba, mój własny magiczny balsam dla duszy i rozbieganych myśli. Świeże powietrze uderza do głowy. Biegając po łąkach i szosach, leżąc nad stawem, rozmawiając z drzewami czy wypatrując ryb w strumyku ciągle coś mnie zadziwiało. Wieś otwiera drzwi do nowego świata, tego baśniowego, jestem księżniczką, nimfą leśną! Gnam do przodu razem z wiatrem! Ale równie miły jest powrót do Warszawy. Z resztkami górskiej ekstazy łatwiej nadążyć na tym moim dziwacznym życiem, które biegnie do przodu, jakby postradało zmysły (szczególnie teraz).

Salamandra plamista! (przepraszam, musiałam)
OdpowiedzUsuńTak jak Ty jeździsz na rowerze, ja biegam i doskonale znam to uczucie cudownego zapomnienia i pogrążenia się w innym świecie. Co więcej - to jest wspaniały sposób na wszystkie smutki i problemy, pozwala nabrać dystansu do siebie i świata.
Och, salamandra (ja też musiałam)! :D
OdpowiedzUsuńŚliczne te widoki tam i jak zawsze twój magiczny post na wieczór, bajka. Ja też lubię to uczucie, kiedy w pełni się czemuś oddaję, lub gdy uciekam przed deszczem. To takie... ekscytujące.
Wieś! <3 Ja się cieszę, że nie urodziłam się w mieście. Wsie mają "to coś" w sobie, czego nie znajdziesz nigdzie indziej.
OdpowiedzUsuńŚwietne zdjęcia, podoba mi się to na trawce :D
Mnie też rzuciła się w oczy salamandra plamista.
OdpowiedzUsuńPrzyroda, która nas otacza, jest cudowna.
A mnie w oczy rzuciły się pola rzepaku (albo czegoś innego, co kwitnie na żółto). No i te góry, uwielbiam góry!
OdpowiedzUsuńświetna ta salamandra. :3 też lubię czasem wyjechać gdzieś z daleka od cywilizacji, nabrać takiego świeżego spojrzenia na świat, trochę przewietrzyć sobie myśli.
OdpowiedzUsuńCoś o tym wiem... Piękne zdjęcia. Pozdrawiam {cztery-kocie-lapki}
OdpowiedzUsuńSama salamandrę zrobiłaś?
OdpowiedzUsuń