niedziela, 10 lipca 2011

Świat ma apetyt na szalone sny

   Poranek był dosyć dziwny. Dręczyła mnie przedburzowa migrena, chwili wytchnienia od ciężkiego powietrza nie znalazłam nawet po chłodnym prysznicu. Wypiłam dwa litry lemoniady, zjadłam całe opakowanie fety z bazylią i utknęłam w windzie. Tradycyjną procedurą winda w razie pożaru automatycznie powinna zjechać na sam dół, ale moja oczywiście stała w miejscu, więc oczyma wyobraźni ujrzałam już tragiczny koniec czternastolatki, która poszła tylko wyrzucić śmieci; zerwaną linę, śmiertelną pułapkę stającą w płomieniach, psychodelicznego mordercę i w końcu koniec świata (czy Bóg zatrzymywałby windy w takiej chwili?). Suma sumarum zamiast wezwać pomoc, siedziałam tam po turecku panikując i nerwowo bawiąc się włosami. Na szczęście śmiertelna pułapka stająca w płomieniach okazała się tylko awarią prądu i po kilku minutach rozdygotana wybiegłam na zewnątrz (już wiem co to znaczy całować stały grunt!). Lało jak z cebra, przeto do domu wpadłam przejęta, mokra i zmęczona (zapomniałam już, że wchodzenie po schodach jest takie dojmujące, trzeba się chyba będzie przyzwyczaić od nowa). Pisałam już, jak bardzo lubię wynosić śmieci?

3 komentarze:

  1. Ja żeby wynieść śmieci nie muszę na szczęście jeździć przerażającą windą. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No, urzekła mnie ta historia z windą, ty masz naprawdę fajne przygody xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny przykład tego, że po przygody nie trzeba jeździć w rozmaite zakątki świata ;p Zwłaszcza gdy nie trzeba wiele by nie pohamować wyobraźni... Spodobał mi się twój blog, twój punkt widzenia i opowieści, z chęcią będą go czytać, jeśli zdecydujesz się go kontynuować :) w wolnej chwili zapraszam również na sala-lettura.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń